środa, 14 listopada 2018

Szczerze...



Kiedy to się zaczęło?
Od prześladowania w szkole? A może w dzieciństwie, kiedy to padłam ofiarą bad touch?
A może po prostu taka moja natura?
Nie, to niemożliwe, nie możemy przecież być stworzeni do przepłakiwania całych dni i nocy.
Nie mniej jednak pierwsza rysa na mojej duszy pojawiła się, gdy na początku gimnazjum usłyszałam od swojej koleżanki z klasy, że hehe chyba powinnam w końcu umyć włosy i że za wolno się ruszam (no i co z tego, że grałam w siatkówkę i oczywiście, nie szło mi to najlepiej, ale lubiłam to robić, aż nie złamałam ręki). Zupełnie tego nie rozumiałam. Ktoś powiedział mi coś co sprawiło mi ból i ogromną przykrość, co całkowicie zburzyło moje patrzenie na świat. Byłam raczej pokojowo do każdego nastawiona, a usłyszałam coś, co sprawiło, że potrafiłam zagryzać wargi do krwi, siedząc pod drabinkami na sali gimnastycznej.
Robiłam to jeszcze milion razy i robię nadal.
Dzisiaj pewnie kazałabym tej osobie spier*dalać. Dzisiaj pewnie zagięłabym ją ironią i pyskówką.
Ale mając trzynaście lat nie rozumiałam, że ktoś może mieć o mnie takie zdanie.
Z początku próbowałam to ignorować. Bo co mi było po takim pier*doleniu? Inaczej nawet nie można było tego nazwać. Dość długo mi się udawało, ale potem pękłam.
Gorsze dni pojawiały się coraz częściej. Płakanie w poduszkę też. Niechęć do szkoły, naprawdę, jak miałam rano wstać i spojrzeć tej osobie w twarz, dostawałam białej gorączki, a panika brała górę nad moimi przyrzeczeniami przed samą sobą. Byłam drażliwa, cicha, aż w końcu… Zamiast walczyć, kazać jej się odczepić… Bardzo się bałam jej przeciwstawić. Bałam się jej reakcji na mój opór. Chciałam tylko, żeby dała mi spokój, żeby mnie ignorowała tak jak ja ją ignorowałam.
O dziwo, „zaprzyjaźniłam się” z nią. To była jedna z najbardziej fałszywych relacji w jaką się wdałam i z któą walczyłam… W sumie jeszcze długo, bo prawie siedem lat. Zrobiłam to dla świętego spokoju, bo gdybym się na to nie zdecydowała, nadal słuchałbym o swoich tłustych włosach i o tym, że jestem opóźniona. Och, ku*rwa, tak jakbyś ty nie była. Dzisiaj z chęcią naplułabym ci w twarz, w końcu mam odwagę to powiedzieć.
Te przykre słowa były jednaj niczym w porównaniu z tym, co spotkało mnie później.
Straciłam przyjaciela. W tym roku minęło sześć lat od tego dnia, gdy osuwałam się, będąc sama w domu, po szafkach w kuchni z powodu ogarniającej mnie rozpaczy. Wciąż pamiętam jego słowa. Choć wyblakłe, siedzą w mojej głowie i od czasu do czasu mnie uderzają, mimo że dzisiaj robią na mnie mniejsze wrażenie niż wtedy. Ale cóż, miło by było mieć kogoś z kim mogę jeść Nutellę w środku nocy, siedząc na podłodze w kuchni z latarką w ręku.
Każdy z nas ma takie momenty w swoim życiu, że chce zniknąć, bo boi się, że nie da sobie rady. Tak właśnie wyglądało moje życie od tamtego momentu. Chciałam po prostu zniknąć, rozmyć się, obrócić w proch.
Potem znowu zaczęłam nową szkołę. Przez pierwsze pół roku było nawet fajnie, a potem znowu się zaczęło. Nie wiem o co chodzi, naprawdę. Co ze mną nie tak, że trzeba było mną gardzić, mówić mi przykre rzeczy. Pamiętam każde, pieprzone słowo w moją stronę. Takich rzeczy się nie zapomina i nie zapomina się autorów tych słów. Dlaczego nie miałam wtedy dość siły, by wam wszystkim kazać iść w diabły? Oczywiście, to wszystko nie było winą tylko tych osób.
Doszło do tego zadurzenie się w nieodpowiedniej osobie, w kilku takich osobach, sprzeczki w paczce z którą się zadawałam, utrata przyjaciółki. W imię czego? Chciałam wszystkich zadowolić, sama kisząc się w czymś, czego nie chciałam. Gdzie w tym wszystkim byłam ja? W imprezach, alkoholu? Zamiast się uczyć, wzdychałam do kogoś, kto nie był da mnie. Serio, liceum wspominam tragicznie. Do tego ciągłe wagary i rozmowy z wychowawczynią, która ciągle wydzwaniała do mojego taty, bo znowu zwiałam z lekcji.
Wiecie czego najbardziej żałuję? Że go zawiodłam, tysiące razy. Ale te trzy lata to była jakaś porażka. Mam ochotę sobie dać w twarz za to, co wtedy wyrabiałam. Zamiast krzyczeć w poduszkę w środku nocy, tak by nikt nie słyszał i zamiast dusić się własnymi łzami, powinnam dostać w twarz. I to nie raz.
Wyobraźcie sobie, że musicie każdego dnia wstać, ogarnąć się, zjeść śniadanie, wyjść do szkoły, wytrzymać w niej i jeszcze czegoś się nauczyć, wrócić, zjeść coś, zrobić coś dla siebie, pouczyć się, pójść spać.
I wyobraźcie sobie, że po prostu na samą myśl o takim długim dniu, nie macie ku*rwa siły, bo w ogóle wstać z łóżka. Nie wstajecie, zostajecie w nim, wychodząc tylko siku. Nie jecie, nie pijecie, płaczecie, użalacie się nad sobą. Znaczy się, z perspektywy czasu to było dla mnie użalanie, bo wtedy nie wiedziałam, że mogę czuć się inaczej. Po prostu leżałam tam, w najbezpieczniejszym dla mnie, miejscu, gapiąc się w sufit i śpiąc na zmianę. Rodzice wracali z pracy, a ja nie byłam w szkole, nie zrobiłam obiadu, więc oni się na mnie wściekali, a ja na nich, bo oni wściekają się na mnie, a ja mam kolejny, zły dzień.
Problem był taki, że ja nigdy nie wołałam o pomoc.
Nikt przecież nie zrozumiałby.
Znowu usłyszałabym, że się użalam i że jestem leniwa. Po co więc mówić cokolwiek?
Do tej pory nie wołam o pomoc. Może nie wiem jak, a może nie chcę, by ktoś poza moim wrednym obrazem nie miał innego. Pff, ja płacząca? Nigdy. Przynajmniej nie jak ktoś na mnie patrzy. Wiecie ile razy wracałam z pracy z kapturem na głowie, rycząc w tramwaju? Miliony razy.
A wiecie czemu? Bo mnie nikt nie docenia. Nikt nigdy nie dał mi do zrozumienia, że jestem mu potrzebna i że jestem dla niego ważna. Mnie można było zawsze krytykować i obrażać, bo przecież ja nie zrobię z tego powodu zadymy. Udam, że moje biedne uszy tego nie dosłyszały. Ch*uja, moje uszy wszystko słyszą, a głowa wszystko pamięta.
Wydawać by się mogło, że wychodziłam już na prostą, gdy poznałam kolejną osobę, która mnie rozwaliła. Była toksyczna, a ja tego nie widziałam, nie chciałam widzieć. Broniłam tej osoby, a ona grała na moich nerwach, uczuciach, emocjach. Cisnęła mnie i mówiła rzeczy przez które moje serce krwawiło, a głowa nie dowierzała, że druga osoba może być, aż tak podła. Ale bałam się samotności, w końcu nie miałam przyjaciół, nie chciałam być całkiem sama i jak to się mówi, zachwycałam się gównem, bo myślałam, że to serek. No właśnie… Dobrze, że umęczona tą ośmiomiesięczną znajomością kazałam mu spadać. Ile można znosić intrygi i kłamstwa? Każdy z nas ma granice, które w końcu zostają przekroczone i wtedy jest czas, by przystopować. Właśnie dlatego odcięłam się od prawie wszystkich ludzi z jakimi miałam styczność w liceum. Musiałam się wyciszyć i przemyśleć swoje życie.
Tą granicą u mnie była próba samobójcza. Nażarłam się tabletek i zapiłam ogromną ilością wina. Gdyby nie mój kumpel, pewnie już bym nie żyła.
Potem zrobiło się cicho. Zrobiło się lepiej.
A potem poznałam kogoś, przez kogo moje życie nigdy nie będzie takie samo.

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Do Światowego Dnia Walki z Depresją zostało jeszcze trochę czasu, ale musiałam zabrać głos, w końcu, szczerze. Bo rzygać mi się chce jak widzę komentarze ludzi w internecie na temat depresji. Najgorszemu wrogowi nie życzę tej choroby. Naprawdę, módlcie się do Boga, o to, by nie musieć nigdy mieć płukania żołądka, nie musieć krzyczeć w poduszkę i krztusić się łzami. Módlcie się o to, żeby nie musieć próbować wydrapać ze swojej głowy tych myśli, poczucia bezsilności i rozpaczy. Módlcie się, by nie próbować pozbyć się demonów za pomocą alkoholu i prochów. Wciąż pamiętam jak moi rodzice znaleźli u mnie opakowania po Acodinie. Módlcie się, żeby nigdy nie musieć rozczarowywać swoich rodzicieli w ten sposób, co ja.
Więc jak widzę komentarze na temat tego, że depresja to wymysł i od kasy się w dupie przewraca to jasny szlag mnie trafia. Spoko, kasę mam, więc żeby nie było za nudno, muszę dorobić sobie opinię szurniętej. To tak nie działa. To przychodzi w najmniej odpowiednim momencie, zabiera ci siły, chęci i ochotę. Na cokolwiek. Nie wiesz, co może być twoją granicą i nie wiesz, kiedy ją przekroczysz. Nie zrozumie tego nikt, kto nie miał z tym styczności.
Wolałabym zdechnąć niż wrócić do tamtego czasu.
Bo dzisiaj jest już dużo lepiej, ale to wciąż siedzi we mnie, głęboko i nie wiem czy nie wypłynie na wierzch. Co prawda już zdążyłam się uodpornić, pyskować też się nauczyłam w inteligentny sposób, ale skąd mam wiedzieć czy to w razie czego pomoże?
Nie zawsze pomaga, zwłaszcza jak widzę swoje uda całe w rozstępach bordowego koloru i kiedy ktoś mi mówi jak bardzo mną gardzi.

Zgaduj zgadula o kim jest ten tekst.



Trzymajcie się.
szkrabbloomy 


środa, 17 stycznia 2018

Nowy rok, nowa ja...

... chciałoby się powiedzieć.
Grażyn poradził mi, abym założyła notesik w którym będę każdego dnia zapisywała jak się czuję. Oczywiście, miałam taki, a potem go zgubiłam. Nie chcę wiedzieć jaką minę miała osoba, która go nieopatrznie znalazła. ;-)
Ale bloga, teoretycznie, nie da się zgubić.
Więc może powinnam tutaj zrobić sobie taki notes?
Czy to zbyt osobiste?
A może plik w wordzie wystarczy?

Cóż, nie łudźcie się, za wiele się u mnie nie zmieniło od ostatniego wpisu.
Mieszkam z P. nadal.
Nadal nie mam ochoty wstać rano z łóżka, chociaż ostatnio było już tak dobrze, ale mniej więcej od dwóch tygodni wszystko do mnie wróciło i jest tak samo.
Zapisałam się na szwedzki, tyle z nowości.
Coś tam dopisywałam do moich opowiadań, ale nie za wiele.
Jestem zmęczona, sfrustrowana i słaba.
Ostatnio bardziej niż zwykle.

Więc może pomysł z notesikiem powinnam znowu zacząć realizować?


Nie wiem o czym ten wpis.
szkrabbloomy           

wtorek, 26 września 2017

Rozstania.

Dochodzi pierwsza w nocy. Nie śpię. Zresztą ostatnio o tej porze rzadko śpię.
A dzisiejszej nocy... Albo zasnę, gdy tylko wyłączę laptopa. Albo wręcz przeciwnie, nie zmrużę oka do rana. Skłaniam się raczej ku drugiemu rozwiązaniu, oczy już mnie pieką ze zmęczenia, ale nadal usilnie wylewają łzy.
Wylewają łzy, bo właśnie przed momentem drogi moje i jednego z moich najlepszych przyjaciół się rozeszły.
Byłam suką.
Jestem suką.
Dążyłam do tego, by pozbyć się uczuć.
Ostatecznie się udało.
Ale czy dzięki temu jestem szczęśliwa?
Czuję pustkę i czuję, że moje wnętrzności dosłownie wywracają się na drugą stronę ze smutku, bezsilności i stresu. Ale sama sobie na to zapracowałam i zasłużyłam, zakładając kolejne maski.
Próbuję zebrać myśli, ale mam w głowie bałagan.
Kolejny kataklizm, kolejny koniec świata.
No ale skoro już jest jak jest i gorzej już chyba być nie może to pora ogarnąć dupę i przestać się mazać. I tak teraz nie mam nic do stracenia i mówię serio, naprawdę nic.
Daję sobie czas do końca tygodnia, żeby się wypłakać i wyjęczeć, a potem... Potem kurwa, biorę się w garść. Zresztą niczego nie obiecuję, bo ze mną to różnie bywa, co nie?

Byłeś najlepszą, ba, jesteś najlepszą osobą, jaką poznałam w życiu. Przyjaźniliśmy się ponad dwa lata. Ostatnio byłam naprawdę nieznośna, za co chciałabym Cię przeprosić. Fakt, trochę się pogubiłam w życiu. Nie będę przeczyła. Negatywne rzeczy i sytuacje mają to do siebie, że jak już wciągną i złapią w swoje sidła to nie prędko chcą wypuścić. Chyba tak właśnie jest ze mną w tym momencie. Nie chcę tutaj zbytnio się rozpisywać. Nie chcę, bo wiem, że za jakiś czas do tego wrócę, a chcę sobie oszczędzić cierpienia. Chociaż to nic w porównaniu z kalejdoskopem wspomnień i słów, jakie padły między nami i jakie teraz są w mojej głowie.
Nie mniej jednak, byłeś i już Cię nie ma, a ja nadal żyję w swoim życiu. To rozstanie nie sprawiło, że zmienił mi się życiorys. I teraz, tak po prostu, trzeba zacisnąć zęby nawet trzy razy mocniej, nabrać pokory, motywacji i ruszyć do działania. Przecież i tak sobie poradzę. Zawsze sobie radziłam, lepiej albo gorzej.
Miałam Ci jeszcze wiele rzeczy do powiedzenia, ale to już nieważne.
Teraz jestem tylko ja.
I tak już zostanie.
Czy tego chcę, czy nie.


Chciałam Wam oznajmić, iż zamykam aska oraz zawieszam bloga i Wattpada do odwołania. Znikam również z GG, też do odwołania. I to tyle.


Trzymajcie się.     
Wasz szkrabbloomy.

PS1:To, że intensywnie o Nim myślisz, nie sprawi, że będzie Twój.
PS2: Pamiętaj. Nigdy więcej do nikogo się nie przywiązuj. Bo ta osoba i tak odejdzie, choćby nie wiem co.

sobota, 23 września 2017

Kim naprawdę jest Michalina Bloomberg? (part III.II)

Długo zabierałam się za tą, ostatnią, część z tego cyklu.
Nawet teraz mam pewne opory, by ją opublikować, bo jak to wpadnie w niepowołane ręce to drama gotowa.
Ale z drugiej strony, przecież nie mogę bać się prawdy, co nie? Nie mogę mieć zamiaru ukrywania jej, chociaż... robiłam to przez wiele miesięcy.
Boże, siedzie we mnie teraz tyle emocji, że za chwilę chyba stanie mi serce.
Ostatni raz czułam się tak, pisząc ten list, o którym wspominam w ostatnim wpisie.

Ale do rzeczy.
Nie przedłużajmy tego.

"Bloomberg. Nie taki ogólniak łatwy." - rozdziały 34 wzwyż plus bonus chaptery.
Miejsce akcji: Zduńska Wola, Warszawa, Wrocław.
Czas akcji: wrzesień 2014 - marzec 2017
Postacie:
Pan Żołnierz - postać autentyczna, wzorowana na moim byłym chłopaku, Patryku. Długo by o nim opowiadać, namiastkę macie w opowiadaniu, o reszcie nie będę pisać, bo po prostu nie chcę się narażać na kłótnię z jego strony, poza tym trochę szacunku;
Maja - postać autentyczna, ale nie powiem za nic w życiu na kim jest wzorowana;
Igor numer dwa - postać autentyczna. Wzorowana na Michale. Dobrze wiem, że nie wszyscy z Was wiedzą kto to jest. I głównie z tego powodu bałam się publikować ten post. Wyjdę teraz na totalną frajerkę, która jest miękka jak ciasto, bo jak to, nie możesz się odkochać? Nie możesz iść dalej i zacząć życie od nowa, bez Niego? No nie mogę, wyjątkowo ciężko mi to idzie. A więc, Igor jest wzorowany na autentycznej postaci, którą od dwóch lat kocham. Może dzisiaj już trochę mniej jak kiedyś, ale nadal. Nie wiem co mam napisać, w jakie słowa to ubrać, więc najlepiej będzie, jak przeczytacie to sami ze zrozumieniem, bo akurat w tych fragmentach myśli Michaliny to moje myśli. Zanim zaczniecie mnie krytykować - cholera, mi też nie jest z tym dobrze, ale widocznie tak musi być. Każdy ma swoje blizny, a moją blizną jest On i ciężko będzie ją usunąć.
Poza tym wiecie, że Michalina jest wzorowana na mnie, jest lepszą częścią mnie. To znaczy chyba nie do końca. Ma te same obawy i tęsknoty co ja. Tak jak ja wybrała Wrocław, bo tam studiuje Igor. Wiem, że w opowiadaniu ani razu nie pada nazwa tego miasta, ale właśnie o to miasto chodzi. Oczywiście nie wszystkie wydarzenia z tych fragmentów są prawdziwe, ale to czyste budowanie fabuły, nic więcej. Przecież nie mogłam w kółko pisać o tym jaki Igor jest cudowny, prawda? Była to też dla mnie forma terapii. Miałam zamykać pewien rozdział, taki był zamiar, ale nic z tego nie wyszło. Nie wyszło, bo jak zawsze los wie lepiej i uparcie trwa przy swoim. Jakby nie można było wchodzić z jednej historii w drugą, bez zbędnego oglądania się w tył.
Kisiel - postać autentyczna, wzorowana na moim kumplu ze studiów;
Max - jak wyżej;
Jagoda - również postać autentyczna, wzorowana na kumpeli ze studiów;
Alex - postać fikcyjna;
Współlokatorzy Michaliny - postacie autentyczne, wzorowane na moich współlokatorach.

I to chyba tyle.
Jak coś sobie przypomnę, to na pewno dopiszę.
A i chciałam też Wam oznajmić, że jednak zmienię zakończenie tej historii oraz dodam dwa albo trzy kolejne bonus chaptery.

Bez odbioru. 
szkrabbloomy

piątek, 22 września 2017

Rok.

Minął ponad rok odkąd mieszkam we Wrocławiu.
Nie zliczę, ile przez ten rok się zmieniło.
Nie zliczę, ilu ludzi poznałam. Niektórzy są ze mną nadal, większości już nie ma.
Nie zliczę, ile przygód przeżyłam. Mniejszych, większych.
Problem w tym, że każda z tych przygód była na tyle intensywna, że zabrała kawałek mnie. Każda z nich, po kolei, zabierała moje emocje, uczucia, zaangażowanie i kreatywność. Kawałek do kawałka i już wiem, że nie ma sporej części dawnej mnie.
W ogóle niewiele zostało z dawnej Darii.
Niektórzy mówią: Już nie jesteś taka beztroska i radosna. Jesteś chłodna i zdystansowana.
I taka jest prawda, co tu dużo mówić.
Tak bardzo chciałam być zimną suką bez uczuć, że zgubiłam przy tym siebie. Zresztą o tym wiecie. Szybko się pogubiłam w nowej "roli".
I teraz chciałabym spróbować z tego zrezygnować.
Wiecie, ciężko jest się oswoić z uczuciami, gdy uciekało się od nich przez kilka ostatnich lat. Zresztą też to wiecie. Uciekam od wszystkiego, co może mnie dotknąć i jest prawdziwe. Nic nie poradzę, taki instynkt. To wręcz w jakiś sposób mnie określa. Więc jak mam się stać miękką kluchą, skoro wszyscy mnie znają jako tą złą?
Oczywiście wszyscy w realnym świecie.
Oczywiście poza jedną osobą. Okay, dwoma, góra trzema.
Nie no, nie czarujmy.
Większość osób, która zna mnie bliżej, wie, że to tylko moja gierka. Tylko chyba nie chcą mi tego powiedzieć wprost. No dobra, poza dwoma osobami.
Poza Grażyną i poza Augustusem.
Przed resztą mogę udawać do woli. Do porzygania.
To smutne. Prawda? Ludzie mają w dupie Twoje samopoczucie, zadowalają się krótkim "No co Ty, jest w porządku", które wciskasz im na siłę, a tak naprawdę masz ochotę walić głową w ścianę.
Ale spróbuj się użalać.
Spróbuj.
Od razu usłyszysz, że to "niedojrzałe i, żebyś przestała odwalać i mówić takie rzeczy, bo nie masz na co narzekać, inni mają gorzej". Co to kurwa za stwierdzenie w ogóle, że inni mają gorzej? Ale może mają inną psychikę i znoszą to inaczej? Każdy z nas odbiera rzeczywistość w inny sposób. Dla ciebie martwy kotek to tragedia, a dla mnie nie. I co? Mam ci powiedzieć "No weź, inni mają gorzej, przestań ryczeć, to tylko głupi kot". Naprawdę, czasem warto się zastanowić, zanim wydamy osąd i powiemy coś na głos. Więcej empatii, to nic nie kosztuje, a wręcz pomaga.

Napisałam ostatnio list. Jeden z najszczerszych od dłuższego czasu.
W poniedziałek adresat go przeczyta i dostaję mdłości na samą myśl o reakcji.
Ale na pewno napiszę Wam co z tego wyszło.

A, doceniam wasze zaangażowanie i pytanie co u mnie i jak się czuję i chęci rozmowy ze mną gdzieś, prywatnie, ale niestety, nie mam ochoty rozmawiać o swoich problemach z kimś, kogo nie znam. Tutaj napiszę coś i wyjebongo, przecież nie piszę szczegółowo. Mam problem, żeby zwierzyć się swoim przyjaciołom, a co dopiero obcym ludziom.

Bywajcie zdrowi.
szkrabbloomy


wtorek, 22 sierpnia 2017

"Idealne życie"

Kończysz studia.
Studiujesz.
Albo nie.
Próbujesz jakoś poradzić sobie w życiu.
Szukasz pracy.
Szukasz stabilizacji.
Wyjścia z przyjaciółmi, nocne tripy, podróże, ploteczki z Grażynką, zakupy, brak pieniędzy, spiny z rodzicami, dylematy, zupka chińska pomidorowa czy serowa, wpieprzyć temu namolnemu klientowi czy zachować twarz zimnej suki i obsługiwać następnego, tęsknota, złamane serce, brak czasu, brak snu, miłość.
Pojawia się ktoś w Twoim życiu, ale wiesz, że to będzie tylko i wyłącznie pozorowane małżeństwo. No wiesz, jak wspominałam ostatnio, żeby pojawiły się wnuki i żeby ciocia Hanka miała wspaniałe wspomnienia z waszego pseudoszczęśliwego ślubu.
No i poznajecie się.
Chodzicie na spacerki, dostajesz kwiaty, pijecie wino pod gołym niebem, on Ci gotuje najpyszniejsze rzeczy na świecie, planujecie ślub, zaręczyny, pierwsze święta, dzieci, za chwilę razem zamieszkacie.
Tyrasz samą siebie, bo chcesz w końcu stworzyć coś, co da Ci szczęście. Próbujesz spełnić swoje marzenia o szczęśliwej rodzince. Robisz dobrą minę do złej gry, wmawiając sobie, że hej, tamto da się zastąpić tym, a jeśli nie to - hehe będziesz chociaż udawać. Założysz kolejną maskę i będzie po problemie, tak jak dotychczas.
Gówno prawda.
Wiesz, że do końca życia będziesz się kisić w związku z tym, kogo nie kochasz. Lubisz go, owszem, ale tak lubi się kawę z mlekiem. Hm, a może ta kawa jest wyżej na liście z potrzebnymi rzeczami i osobami w Twoim życiu, bo bez kawy żyć nie możesz, a bez niego dałabyś radę. Łamie Ci się serce, bo on tańczy w kuchni i Cię rozśmiesza, a Ty gryziesz wargi do krwi, byleby się nie rozpłakać.
Bo emocje nie są dobre.
Pamiętaj, tylko bycie instant suką i kierowanie się rozumem sprawi, że dasz sobie radę.
Żadnych łez i słabości.
Za to morze alkoholu.
Z czasem zrozumiesz i przyzwyczaisz się, że nigdy nie będziesz szczęśliwa. Za trzydzieści lat spojrzysz na swoje dorosłe dzieci i pomyślisz - przynajmniej mam was, kochani.
Kolejne gówno prawda.
Prawdopodobnie będziesz najchłodniejszą matką świata, pełną goryczy i smutku.

Ale bądź ponad to.
Bądź instant suką. Skoro już się nauczyłaś nią być.

Gdy kogoś pokochacie, nigdy nie pozwólcie mu odejść.
Bo czeka was życie jak na załączonym obrazku. Niby idealne, ale tylko z pozoru.
Nie róbcie tego błędu.
Nie bądźcie tak jak ja. ;-))


Miłego dnia. 
szkrabbloomy

niedziela, 20 sierpnia 2017

Kim tak naprawdę jest Michalina Bloomberg? (part III.I)

Witajcie. ;-)
Nareszcie mam wolną chwilę, by cokolwiek tutaj napisać. Ostatni tydzień był zwariowany. Byłam na chwilę w Łebie, potem poszłam z moim M. na wesele do Lindy i Kacpra, najpiękniejszej pary, jaką poznałam. Cały tydzień podróżowałam po całej Polsce i dopiero dzisiaj mam chwilę, by usiąść, pomyśleć i wziąć się za temat, jaki ostatnio tutaj poruszam.

Dzisiaj napiszę o uzupełnieniu głównej obsady Bloomberg. Nie taki ogólniak łatwy
Miejsce akcji: w części jaką dzisiaj opiszę, Nowy Jork, Zduńska Wola, Sztokholm, Łódź.
Czas akcji: lipiec 2012 - wrzesień 2013
Postacie:
Sus - nowa kobieta ojca Michalina, postać fikcyjna;
kumple Nathana - postaci fikcyjne;
policjant - postać fikcyjna;
Kasia - postać fikcyjna;
Leonard - postać fikcyjna;
Bruno Bloomberg - postać fikcyjna;
Kajetan - postać autentyczna, wzorowana na moim starym kumplu z liceum;
Nathan - postać fikcyjna;
Nicholas - postać fikcyjna;
Marzia - postać fikcyjna;
Mateusz - postać fikcyjna;
Kaśka i Karolina - postacie autentyczne, wzorowane na laskach ode mnie z liceum, podobnie jak Wiktoria i Jagoda;
Elvis - postać autentyczna, wzorowana na jednym kolesiu z mojego liceum;
Tornejdo - postać autentyczna, wzorowana na mojej wychowawczyni z liceum;
Kuba numer dwa - postać autentyczna, wzorowana na Ziętku, moim byłym kumplu z liceum;
Paweł - jak wyżej;
Ola i Magda - postacie autentyczne, wzorowane na laskach z mojego liceum;
Tymon - postać fikcyjna;

Igor numer jeden - postać autentyczna, wzorowana na moim starym kumplu z mojej starej ekipy;
Marta - postać autentyczna, wzorowana na mojej kumpeli, Marlenie;
Gośka - postać autentyczna, wzorowana na mojej kumpeli, Gosi;
Konrad - postać autentyczna, wzorowana na przyjacielu Gośki;
Adam - postać autentyczna;
Patryk - postać autentyczna, wzorowana na starym kumplu z liceum;
dziewczyny z KZP - postacie autentyczne, wzorowane na KZP do którego należałam w liceum;
Rasta - postać autentyczna;
Agata - postać autentyczna;
Roger - postać fikcyjna;
Poza tym, przewijają się tutaj te same postacie co w pierwszej części, z oczywistym wyjątkiem - Aronem.

Pojawi się jeszcze jeden post z tej serii, który będzie najlepszy, że tak nieskromnie powiem.
Bawcie się dobrze podczas swoich ostatnich, wakacyjnych dni, ja też mam taki zamiar.

Miłej niedzieli.
szkrabbloomy